W naszym niewielkim oczku wodnym przez cały sezon mieszkały żaby, które przywędrowały ( z narażeniem życia) zapewne ze stawów po przeciwnej stronie ulicy. Nie miały szans na przezimowanie w oczku, bo zamarza ono do dna - ale nie wiedząc o tym w listopadzie gromadziły się u nas ewidentnie z zamiarem zimowania. Zostały więc, podobnie jak karasie, odłowione. Karasie trafiły do lokalnych stawów, a żaby w większości do stawów w Radziejowicach, gdzie akurat jechałam na konferencję. Jednak cztery żaby postanowiłam przezimować w wiaderku z wodą, liśćmi i błotem (liście okazały się pomyłką). Wiaderko zostało do połowy napełnione, pokrywka zaopatrzona w dużo dziur i wiązkę trzciny. Początkowo stało w garażu, a gdy nadeszły mrozy zobaczyłam, że mała żaba pływa brzuchem do góry.... jednak żyła, bo po otwarciu pokrywki popłynęła normalnie. Ale w zasadzie za każdym razem gdy zaglądałam to bałam się zobaczyć zwłoki....
Żaby nie hibernowały twardym snem, bo gdy raz na tydzień zaglądałam to zawsze jakaś pływała (to tez mnie niepokoiło; bo przecież nie miały nic do jedzenia ani żadnego "lądu" do wyjścia).
Zatem przy pierwszym ociepleniu, w końcu marca, nastąpiło wyniesienie żab: oczko umyłam i napełniłam wodą, zamocowałam pompkę, kupiłam im nawet trochę robaków. Wstawiłam wiadro do oczka i wypłynęły z niego trzy całkiem rześkie żaby: Brunia, Stefa i Waldy. Cóż, nie było czwartej - najmniejszej.
Znów zrobiło się zimno, nie widywałam żabek ani w oczku ani poza. Ale - co za radość - po Wielkanocy, gdy się naprawdę ociepliło (6 kwietnia) 3 okazy dziarsko buszowały po oczku (które zostało znów oczyszczone) , czwarta została znaleziona w kompoście (podejrzenie, że wyskoczyła z wiadra, które tam odstawiłam) . Dołączyła też piąta, ewidentnie spoza naszej gromadki, bo inaczej wybarwiona (choć chyba też jest żabą trawną). Liczymy na własne kijanki!
Stary warzywnik w Gro z czasem stał się za mały jak na nasze potrzeby. Zaczęłyśmy więc myśleć o nowym.
Ogólny zamysł wyłonił się szybko: obrzeża z cegieł (koniecznie z rozbiórki) spoziomowane z trawnikiem, a na tym ramy drewniane wypełnione ziemią. Ogródek ma dziwaczny kształt, są tez strefy cienia więc chciałam nadać grządkom jakiś wyrazisty kontur (np. trójkąty). Ale okazało się to tak skomplikowane konstrukcyjnie, że przyjęłyśmy w końcu prostsza koncepcję: cztery prostokąty o wymiarach 65x280.
Ziemię ze starego warzywnika odzyskałyśmy do worów, podobnie jak ziemię z wykopów. Było jeszcze zdecydowanie zimno i siekierką musiałam rąbać "wieczną zmarzlinę" w zacienionym kawałku...
Miałam ambicję aby zniwelować nierówności. Poziomica bywała bezlitosna!
Cegły odkupione od pana z http://rowermojezycie.pl/ może nie są najpiękniejsze jakościowo (i na pewno nie starsze niż z lat 60.) ale mam nadzieję, że nie popękają.
Pieczołowicie układałam je jako "border" podsypując zaprawą zmieszaną z ziemią. Bez żadnego lepszego drenażu - ciekawe czy to im zaszkodzi?
Przed Wielkanocą udało mi się osiągnąć ten etap:
Miałam też kupione dechy (drewno budowlane szer 11-12, grubość 2,5; sosna) częściowo w Bricomanie a częściowo w Grodziu. Nieheblowane, miękkie, sękate, czasem z korą lub pęknięciem. Ale przez to bardzo tanie (8 zł za 24 m.b.), łatwe w piłowaniu, i wyglądające dość naturalnie.
W Lany Poniedziałek wbijałam słupki, do których miały być montowane ścianki. Okazało się, że wbicie ich równo, trzymanie pionu, poziomu i rozmiaru jest w zasadzie niewykonalne. Zdecydowałam, że wyrówna się w czasie montażu dech...
Niestety, wkrótce okazało się, że moje ceglane ścieżki nie są wypoziomowane, i tak gdzie poprzednio był dół - teraz tez jest dół. Jednak już nie poprawiałam, bo Ogrodnicy bardzo już naciskali aby grządki były gotowe. Poza tym wiadomo jak bywa z poprawkami...
A po Świętach zrobiła się pogoda i przystąpiłam do montażu dech. Piła płatnica i wkręty frezowane (i oczywiście moja wkrętarka) odegrały kluczową rolę. Ale ramie mnie nieźle boli od piłowania. Pod koniec okazało się, że mimo wszystko policzyłam źle i dech zabrakło. Zatem zaczęło się sztukowanie i recykling .... i skrzynie nabrały bardziej "stylowego" wyrazu.
Oczywiście większość ścianek nie trzymała pionu, poziomu i kąta prostego. Ale na szczęście to nie Wersal! Na zdjęciu widać jak różnorodne są dechy :)
Wewnątrz skrzyń przymocowałam (takerem) agrowłókninę aby ziemia nie wysypywała się szczelinami. Oczywiście od dołu nie ma agrowłókniny tylko 10 cm "zakładki" Tyntagelia, kotka młoda ale mająca aspiracje na kierownicze stanowisko, kontrolowała jakość mojej pracy. Widać wyraźnie, że ścieżki są akurat na szerokość kota.
Skrajna grządka dostała warstwę drenażu z gruzu i doniczek (archeolodzy w przyszłości będą tu mieli sporo roboty!), we wszystkie zaś trafiła warstwa gałęzi, stara ziemia, kompost i warstwa nowej bio-ziemi na wierzch.
Prace jeszcze nie są ukończone. Docelowo chcę oszlifować (jako-tako) dechy z zewnątrz i zaolejować, poprawić fugowanie między cegłami (piasek+zaprawa) i uszczelnić szczeliny pod skrzyniami. Będę sukcesywnie dodawać zdjęcia :)
W trakcie wypełniania. Agnieszka przerzuciła niesamowitą ilość ziemi, rozpracowała też kompostownik. Mama grabiła aby było równiutko.
Tak prezentowały się w niedzielę rano, w dwa tygodnie po rozpoczęciu prac.
Na gzrądkach Agnieszka wysiała (z taśmy) koperek, rzodkiewki, pietruszkę, marchewkę, buraczki, sałaty. Sałaty, jarmuż i mizuna zostały kupione na targu w postaci rozsady i elegancko posadzone. Szczypiorek i szczaw przezimowały na starym warzywniku i trafiły na nowy. Czosnek niedźwiedzi awansował z "poza warzywnikiem" na elegancie grządki w drugiej skrzyni.
Przystąpiłam więc do szlifowania i olejowania (olej barwiący na kolor "dąb"). Nie da się ukryć, że dechy "de lux" czyli recykling ze starego łóżka bardzo sie odróżniają. Trudno było zeszlifować z nich lakier, więc nie bardzo chłonęły olej. Mam nadzieję, że z czasem sie "spatynują".
Tak to wygląda po zaolejowaniu.
szczaw, szczypiorek, szypior, jarmuż
Górna decha - nowa (tanie drewno budowlane jako tako podszlifowane); dolna - podobne drewno ale jako, że jest to recykling ze starego warzywnika to jest sezonowane i lepiej oszlifowane (było pokryte lakierobejcą, którą starałam się dziś usunąć).
Przed Świętami dopracowywałam jeden z projektów eTwinningowych: "Astronomia i historia". Projekt jest właściwie o kometach i ich obserwacjach i badaniu. Jednym z najfajniejszych dokumentów, a w zasadzie obrazków, związanych z kometami, jest jedna ze scen z tkaniny z Bayeux, na której wyhaftowano Kometę Halleya.
I tak oto inspiracje kosmiczo-turystyczno-świąteczne zaowocowały bombką. Miałam dużo frajdy ale też niemało zagwozdek z przenoszeniem płaskiego haftu na sferyczną bombkę i malowaniem detali (szkic ołówkiem, malowanie farbkami do szkła, kontury cieniutkim markerem) Chciałam też trochę powiększyć kometę, no i wybrać sceny tak aby jakiś sensowny układ mi ładnie wypełnił bombkę.
Oto fazy przygotowawcze i finalny efekt. Dumnie wisi na choince!
Faworki w karnawale MUSZĄ być i co roku mama je robi (z moją niewielką pomocą).
Oto jedynie słuszny przepis z książeczki "Podwieczorki nie tylko słodkie" (Krystyna Hebda, wyd. "Watra" Warszawa 1980) pół kilo mąki pszennej pół szklanki śmietany 6 żółtek 2 jaja łyżeczka cukru łyżka spirytusu lub łyżeczka octu 10% do smażenia: pół kilo smalcu (lub planty) do posypania: cukier puder zmieszany z cukrem waniliowym Mąkę przesiać, uformować kopczyk z wgłębieniem. Żółtka i całe jaja utrzeć z cukrem i szcypta soli, wymieszać ze śmietaną i wlać do wgłębienia mąki. Wlać ocet lub spirytus o ciasto dobrze wyrobić. Wyrobione, (bez smug w przekroju) ciasto rozwałkować bardzo cienko i krajać na paski długości 10-12 cm, szerokości około 3 cm. Wzdłuż środka każdego paska zrobić nacięcie i przewinąć przez nie koniec paska, aby powstał węzeł.
Oczywiście do krojenia należy używać radełka, aby ładnie formowały się bąbelki w cieście. Faworki smażymy na rozgrzanym tłuszczu na złoty kolor po obu stronach. Dziś okazało się, że jak policzyć do pięciu to jest w sam raz czas na przewrócenie faworków. Wyjmujemy je widelcem, układamy na tacy wyłożonej papierowym ręcznikiem. Potem przełożyć na wielki talerz i posypać cukrem pudrem.
Kluczowe momenty, takie jak wyrabianie ciasta, wałkowanie i smażenie wymagają mistrzowskiej ręki i wprawy. Mniej wyrafinowane czynności - tłuczenie i przewijanie - zawsze należały do dzieci (a więc do mnie).
Dziś z resztki ciasta zrobiłam pięknego faworkowego krokodylka.
Paszteciki z ciasta krucho-drożdżowego robi się łatwo i przyjemnie. I można je robić w różnych kształtach i z różnymi farszami.
W tym sezonie okazało się, że niektóre paszteciki są kornijskimi smokami lub pierogozaurami.
Ciasto krucho-drożdżowe (z pamięci i na oko):
Pół kilko mąki, 10 dag drożdży rozmieszanych w śmietanie, 2 jajka, 15 dag masła. Najlepiej jak na stolnicy się to posieka nożem a następnie zagniecie. Ale mikserem tez może się udać (łapki do ciasta drożdżowego). Jeśli się niedobrze zagniata to dodaję troszkę lodowatej wody, ale trzeba z tym uważać. Można do drożdży dodać pół łyżeczki cukru, a do ciasta nieco mąki razowej. Po zagnieceniu ciasta wykrawam spore krążki, nakładam farsz, zlepiam (z falbanką) i piekę aż się troszkę zrumienią (z 20 min w temp. 200 st.). W wersji "lux" przed pieczeniem maluję żółtkiem - wtedy wyglądają bardziej efektownie.
Farsz kapuściano-grzybowo-wędzonośliwkowy:
podsmażam sporo cebulki, dodaję pieczarki, potem kapustę kiszoną (posiekaną trochę), śliwki suszone wędzone (pokrojone w grubą kostkę), ewentualnie prawdziwe suszone grzyby (wtedy można w ogóle nie brać pieczarek), do tego białka które zostały od robienia ciasta. Przyprawiam solą, pieprzem i jałowcem. Dodaję też kieliszeczek porto na etapie smażenia.
Oczywiście farsz ma różne warianty (np. z wędzonymi gruszkami i suszonymi śliwkami). Pasuje do barszczu.
Drugi farsz:
Zainspirowana przepisem na curry z dyni i czerwonej soczewicy wymyśliłam farsz w zasadzie bazujący na tym przepisie. Jest nawet niezły. Paszteciki z nim pasowały do zupy porowej.