W naszym niewielkim oczku wodnym przez cały sezon mieszkały żaby, które przywędrowały ( z narażeniem życia) zapewne ze stawów po przeciwnej stronie ulicy.
Żaby nie hibernowały twardym snem, bo gdy raz na tydzień zaglądałam to zawsze jakaś pływała (to tez mnie niepokoiło; bo przecież nie miały nic do jedzenia ani żadnego "lądu" do wyjścia).
Zatem przy pierwszym ociepleniu, w końcu marca, nastąpiło wyniesienie żab: oczko umyłam i napełniłam wodą, zamocowałam pompkę, kupiłam im nawet trochę robaków. Wstawiłam wiadro do oczka i wypłynęły z niego trzy całkiem rześkie żaby: Brunia, Stefa i Waldy. Cóż, nie było czwartej - najmniejszej.
Znów zrobiło się zimno, nie widywałam żabek ani w oczku ani poza. Ale - co za radość - po Wielkanocy, gdy się naprawdę ociepliło (6 kwietnia) 3 okazy dziarsko buszowały po oczku (które zostało znów oczyszczone) , czwarta została znaleziona w kompoście (podejrzenie, że wyskoczyła z wiadra, które tam odstawiłam) . Dołączyła też piąta, ewidentnie spoza naszej gromadki, bo inaczej wybarwiona (choć chyba też jest żabą trawną). Liczymy na własne kijanki!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz